top of page

Przejażdżki psim zaprzęgiem – dlaczego to idealna atrakcja dla rodzin?

Przejażdżki psim zaprzęgiem kojarzą się z daleką Północą: Alaska, Skandynawia, białe przestrzenie i psy, które biegną jakby miały w sobie osobny silnik. A potem nagle okazuje się, że tę samą ekscytację można poczuć dużo bliżej — w Polsce, w naturze, w otoczeniu, które dobrze znamy, ale które zimą (albo w chłodny, wietrzny dzień) potrafi wyglądać zupełnie inaczej.

dzieci głąszczą zaprzęgowego psa

Najczęściej wszystko zaczyna się od tego momentu, kiedy dzieci widzą psy po raz pierwszy. Niby „pies jak pies”, ale po chwili widać, że to nie są zwykłe kanapowce. One mają w oczach energię, gotowość do działania i ten charakterystyczny błysk: „no to kiedy ruszamy?”. I wtedy nawet ci, którzy na początku podchodzili ostrożnie, łapią się na tym, że stoją bliżej, pytają, przyglądają się łapom, szelkom, linkom. Ktoś mówi: „A to one naprawdę lubią biegać?” — i nagle wchodzimy w świat, który ma swoje zasady, rytm i klimat.


To, co w przejażdżkach rodzinnych najbardziej lubię (i co słyszymy od wielu osób), to fakt, że tu nie ma tłumu. To małe grupy — takie, w których nikt nie ginie w hałasie, każdy ma czas zadać pytanie, a dzieci nie muszą się przepychać, żeby coś zobaczyć. Dzięki temu całość jest bardziej „nasza”, bardziej wspólna. Jakbyśmy na chwilę wypożyczyli kawałek Alaski i przenieśli go w okolice Trójmiasta i Kaszub.


Najpierw jest spokojne poznanie psów. Nie „szybko, do zdjęcia i dalej”, tylko normalnie: podejść, zobaczyć, jak są zaprzęgane, zrozumieć, że w zaprzęgu każdy ma swoją rolę. I wtedy dzieje się coś ciekawego — dzieci zaczynają patrzeć na psy inaczej. Nie jak na atrakcję, tylko jak na zespół. Jak na drużynę, która wie, co ma robić.


Potem przychodzi ten moment, kiedy zaprzęg rusza. Czasem są to sanie, czasem wózek — zależnie od warunków. I nagle robi się ciszej, jakby świat na chwilę przestawił się na inny tryb. Słychać oddech, śnieg pod płozami albo rytm kół, krótkie komendy, które brzmią trochę jak tajny język. I te kilka pierwszych sekund, kiedy serce przyspiesza, bo zaprzęg łapie tempo i wszystko zaczyna płynąć.


A potem… potem najczęściej jest śmiech. Taki szczery, niekontrolowany. Dzieci machają nogami, dorośli robią zdjęcia, ktoś mówi: „wow”, ktoś inny milknie, bo po prostu chłonie chwilę. I choć przejazd trwa kilkanaście–kilkadziesiąt minut, w głowie zostaje znacznie dłużej.

Kiedy jedna część grupy jedzie, reszta zwykle robi dokładnie to, co robi się w naturze najlepiej: patrzy, spaceruje, stoi na starcie albo mecie i obserwuje psy. I to też jest fajne — bo ta przygoda nie polega na tym, że wszyscy „zaliczają” to samo jednocześnie. Raczej na tym, że przeżywa się ją wspólnie, ale każdy po swojemu.


Na końcu przychodzi moment, który dzieci uwielbiają najbardziej: można podejść bliżej, pogłaskać, zobaczyć pyski z bliska i przekonać się, że po pracy (tak, to jest praca!) te psy potrafią być zaskakująco czułe i kontaktowe — jeśli mają na to przestrzeń i ochotę.

I chyba właśnie o to chodzi w przejażdżkach rodzinnych psim zaprzęgiem: o wspólne wspomnienie, które jest trochę „z innego świata”, a jednocześnie bardzo nasze. O chwilę, w której dzieci uczą się szacunku do zwierząt, dorośli łapią oddech, a natura robi swoje.


Dowiedz się wiecej tutaj!

Komentarze


bottom of page